Jesteś tutaj

Kombinatorka lub dziewczyna z pasją - rozmowa z Marią Pawłowską

W dzieciństwie chciała być m.in. astronautą i ornitologiem, ale postawiła na aktorstwo. Trzy lata temu skończyła Akademię Teatralną w Warszawie, dostała angaż w teatrze, potem zagrała w filmie „Karuzela”, a ostatnio w „Sztuce kochania”. Teraz pracuje na planie nowego serialu medycznego „Lekarze na start”. Gra Dagę - intrygującą postać, która będzie wzbudzać wśród widzów skrajne emocje.

- Dostałaś świetną rolę w „Lekarzach na start”!

- Daga jest wielowymiarowa i intrygująca, pewnie będzie wzbudzać wśród widzów skrajne emocje. Cieszę się, że ją gram, tym bardziej że zazwyczaj przypadają mi role grzecznych dziewczynek. Gdy po castingach do „Lekarzy na start”, gdzie byłam przymierzana do kilku postaci, dowiedziałam się, że producenci są mną zainteresowani, myślałam że widzą mnie w roli Zuzy (dużo łagodniejsza postać, w którą wciela się Dominika Kryszczyńska – przyp. aut.). Dopiero potem okazało się, kogo zagram.

- Zdradzisz mi więcej szczegółów dotyczących swojej bohaterki?

- Czytałam scenariusze pierwszych dwunastu odcinków serialu, więc moja wiedza na temat Dagi jest ograniczona. Nie wiem, co wydarzy się w kolejnych, sama jestem ciekawa,  jak potoczą się jej losy. Na razie jest kombinatorką. Żeby dostać to, czego pragnie, potrafi oszukiwać i wymyślać różne fortele. Kieruje się podwórkowymi zasadami - wychodzi z założenia, że jeśli nie wyrwie czegoś zębami, to wyrwie ktoś inny. Jednocześnie ma dobre serce, empatię i racjonalne podejście do zawodu lekarza. Ekscytuje się tym, że może być na stażu w szpitalu, co dodaje jej kolorytu. Wszystko ją cieszy. Przeprowadza operację i mówi: wow, babka trysnęła krwią z żylaków, ale jazda! To dziewczyna z pasją, która potrafi postawić na swoim.

Stresowałaś się przed pierwszym dniem zdjęciowym?

- Tuż przed rozpoczęciem zdjęć nie mogłam spać. Budziłam się podekscytowana o czwartej-piątej rano i miałam ochotę działać. Złożyło się na to także kilka innych czynników, ale dużo myślałam o „Lekarzach na start”. Teraz, gdy maszyna produkcyjna ruszyła, jestem całkowicie zaabsorbowana tym projektem. Spędzam całe dnie na planie, a potem w domu uczę się tekstów; kieruję się intuicją, bo na planowanie nie mam czasu. To bardzo ciekawy serial – jego akcja rozgrywa się w atmosferze medycznej, która jest pełna napięcia związanego z walką o życie pacjentów. W scenariuszach co chwilę rozgrywają się dramatyczne zdarzenia. Wszystko mnie bardzo cieszy; lubię takie przygody!

- Czyli o innych wyzwaniach zawodowych na razie możesz zapomnieć?

- Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, latem zagram w filmie pełnometrażowym, który w całości będzie kręcony w jednym ujęciu. Moje zajętości związane z pracą na planie „Lekarzy na start” nie powinny mi w tym przeszkodzić, bo to projekt, który ma jeden dzień zdjęciowy. W obecnej sytuacji to dla mnie bardzo wygodne rozwiązanie. To fascynujący eksperyment – w dużej mierze będziemy opierali się na improwizacji, nie będzie możliwości poprawienia ujęcia, wprowadzenia zmian. Film ma być zgłoszony na różne festiwale, trwają także rozmowy z dystrybutorami kinowymi.

- A co ze spektaklami?

- W teatrze trwa przerwa wakacyjna. Gdy się skończy, jakoś będę musiała połączyć występowanie na scenie z pracą na planie. Gram w „33 powieściach, które każdy powinien znać” w Teatrze Ochoty, „Dolinie Muminków w listopadzie” w Teatrze Soho i spektaklu „Inne rozkosze” w Teatrze STU, dzięki któremu moje życie zatoczyło koło. To wspaniałe doświadczenie móc wychodzić na deski swojego ulubionego teatru w rodzinnym Krakowie. Zanim dostałam się na wydział aktorski, regularnie go odwiedzałam, a teraz – po siedmiu latach – tam wróciłam. Moja przygoda z aktorstwem bardzo ładnie się układa. Trzy lata temu skończyłam warszawską Akademię Teatralną, jeszcze na studiach zaczęłam grać w teatrze, potem przyszła rola w filmie „Karuzela”, a ostatnio w „Sztuce kochania”. Teraz pracuję na planie ogromnej produkcji telewizyjnej. Jest super! Do tego - w wolnych chwilach - staram się realizować autorskie pomysły.

- Na przykład jakie?

- Bardzo dużo projektów realizuję z moim mężem Michałem (Poznańskim – przyp. aut.), który jest z wykształcenia aktorem, ale poszedł w inną stronę niż ja. Prowadzi na YouTubie kanał Drollercaster. Używa gier komputerowych do tworzenia filmów animowanych dla dzieci. W połowie czerwca premierę miała jego książka - „Drollercaster: Dwa światy. Milton żyje”. Piszemy razem scenariusze, staramy się organizować kampanie reklamowe. Dzieje się.

- Czy aktorstwo zawsze było twoją pasją?

- Byłam w kółkach teatralnych, zawsze ciągnęło mnie w tę stronę, ale interesowało mnie mnóstwo innych rzeczy. W dzieciństwie chciałam zostać piosenkarką, tancerką, aktorką i... kelnerką. Jak dotąd nie byłam tylko kelnerką, mimo że wykonywałam wiele dziwnych zawodów. Może dlatego, że nie jestem w stanie czegoś przenieść i nie rozlać? (śmiech). Myślałam o zostaniu architektem i ornitologiem; miałam książkę i identyfikowałam gatunki ptaków. Ostatnio zafascynował mnie świat finansów. Zastanawiam się nad studiami podyplomowymi, ale ciągle brakuje mi czasu. Kręci mnie ekonomia, mam kilka pomysłów na inwestowanie. A, kiedyś chciałam być też astronautą, tylko - niestety - już na to za późno, bo najpierw trzeba zostać pilotem wojskowym. Na szczęście żyjemy w takich czasach, że może jeszcze uda mi się polecieć komercyjnie na wakacje na Marsa.

- Faktycznie masz sporo zainteresowań...

- To wierzchołek góry lodowej (śmiech). Gdy byłam dzieckiem, przez trzy lata mieszkałam we Francji, więc znam płynnie francuski. Angielski też, do tego przez jakiś czas uczyłam się włoskiego. W związku z tym przyszła mi kiedyś myśl, żeby zostać tłumaczem symultanicznym. Olśniło mnie podczas wycieczki w Parlamencie Europejskim, gdzie widziałam ludzi, którzy pracują w takim charakterze. Od drugiej klasy liceum przygotowywałam się do egzaminów do szkoły teatralnej u cudownej Doroty Zięciowskiej, ale co roku chce się tam dostać wiele osób, więc chciałam mieć plan awaryjny. Myślałam o filologii włoskiej, zrobieniu specjalizacji tłumacza symultanicznego i zarabianiu dużych pieniędzy w Brukseli (śmiech). Taki był plan, ale życie go zweryfikowało. Dostałam się za pierwszym razem do AT w Warszawie, więc nie miałam już czasu na rozpoczęcie innych studiów.

- Długo mieszkałaś we Francji?

- Moi rodzice są naukowcami, a taka droga życiowa często wiąże się z podróżowaniem. Tata, który jest fizykiem nuklearnym, dostał pracę we Francji, gdzie przenieśliśmy się na trzy lata. Mieszkaliśmy pod Paryżem – on rozszczepiał atomy i przepuszczał wiązki elektronów, a my z bratem poszliśmy do tamtejszej szkoły podstawowej. Zostałam rzucona na głęboką wodę i dobrze to wspominam; super przygoda.

                                                                                                                                                                                                                                                  Rozmawiał: Kuba Zajkowski